Wakacyjny Czas
Dziś poniedzialek, 23 października.   Imieniny obchodzą: Jan, Marlena, Roman      
Nie bogactwa czynią człowieka szczęśliwym, ale ich dobre użycie
Miquel de Cervantes
Booking.com
Czy jakieś biuro upadnie?
Które?

Pytanie czym się kierować przy wyborze biura podróży, żeby nie stracić wpłaconych pieniędzy, zawsze mnie zaciekawiało. Myślę, że nie tylko mnie :) .   Są różne pomysły. Najbardziej rozpowszechnionym jest opieranie się na własnych doświadczeniach i rozmowy ze znajomymi. Ale czy to naprawdę wystarczy? Każdy z nas sobie doskonale zdaje sprawę, że nie. Przecież wiele osób kupowało wycieczki w takich biurach jak Sky Club, El Greco, Triada, czy w zapomnianym już dzisiaj, a jeszcze nie tak dawnym potentacie –Big Blue Travel, a także w różnych innych firmach, które później zakończyły swoje istnienie. A przecież większość z klientów później upadłych biur, z pobytu była zadowolona.

Jakie zatem znaczenie mają nasze wcześniejsze doświadczenia? Niestety, w zasadzie nie mają żadnego. Trochę bawią mnie różne dyskusje na forach turystycznych, w których ścierają się krytycy jakiegoś biura z jego zwolennikami (inna rzecz, ze nie rzadko ci zwolennicy to osoby zatrudnione w tym biurze, a krytycy – w biurze konkurencji; ale przecież nie jest tak zawsze). Zwykle spór przebiega według schematu:

  • Biuro AAA Travel jest zagrożone, nie kupujcie u nich wycieczek. Mają problemy finansowe. Byłem z nimi na Krecie i hotel, pilot byli fatalni.
  • Nieprawda, ja byłem też na Krecie i wszystko było doskonale zorganizowane. Biuro polecam.

bankruciI tak to zwykle, mniej więcej wygląda. Oczywiście, teksty są rozbudowane, mnożą się dyskutanci. Ale co z takich dyskusji wynika? Właściwie nic, albo bardzo niewiele. Zakładając, że nie wszystkie posty pozytywne pisane są przez pracowników biura, a negatywne przez pracowników konkurencji, to jedyny wniosek jaki można z tego rodzaju dyskusji wyciągnąć jest taki, że biuro nie zawsze sprzedaje miejsca w hotelach, które podobają się klientom, lub niektórzy zatrudniani przez nich piloci (rezydenci) są słabi. I to wszystko. Niewątpliwie jest to ważne i jeżeli takich komentarzy jest dużo, to rzeczywiście nie ma co zawracać sobie głowy tym biurem.

Ale to nie załatwia sprawy ryzyka związanego z wpłatą pieniędzy z wyprzedzeniem na konto firmy, w nadziei, że nie zakończy ona działalności zanim nadejdzie dzień wyjazdu na zakupioną wycieczkę. Nadal nie wiadomo czy biuro jest wypłacalne czy nie. Czasami wygląda tak jakby niektórzy sądzili, że biuro z problemami finansowymi zawczasu demonstracyjnie lekceważy swoich klientów. Przypomina mi się tutaj moja babcia, która wpuszczała do mieszkania obcych ludzi, różnych akwizytorów. Na wyrażany przeze mnie niepokój, że może natknąć się na jakiegoś zbira, odpowiadała z niedowierzaniem: to jest absolutnie niemożliwe, chłopcy których wpuszczam są zawsze bardzo mili i przystojni… Tak jakby spodziewała się, że bandziory zawsze mają rogi. Podobnie jest z opiniami o biurach. To, że kupiłem pobyt w jakimś hotelu i hotel ten bardzo mi się podobał, zupełnie o niczym nie świadczy. Hotel przecież nie jest własnością biura podróży (w 99%, bo są wyjątki). Dobra obsługa hotelowa oznacza jedynie wysoki standard hotelu. A nie biura podróży. Dlatego dyskusje i opinie tego typu należy całkowicie pominąć przy próbie analizy siły touroperatora.

No dobrze, ale czym w takim razie się kierować? Niestety, taki niezawodny sposób nie istnieje. Ale nie jesteśmy jednak tak całkowicie bezradni. Ocena solidności biura, pozwalająca na podjęcie jego wyboru z dużym prawdopodobieństwem powodzenia, jest możliwa. Wymaga jednak odrobiny pracy. Przed zakupem wycieczki, warto przyjrzeć się stronom internetowym biur, a najlepiej stronom zajmującymi się porównywaniem cen. Stron takich jest sporo. W zasadzie każdy duży internetowy agent jest taką porównywarką. Ceny tych samych imprez turystycznych muszą być podobne. Właściwie nie ma możliwości, żeby ceny któregoś z touroperatorów różniły się znacząco od innych (tzn. żeby były o wiele niższe). Obniżenie cen w pewnym zakresie, w pewnych terminach i pewnych hotelach zdarza się i jest efektem świadomej polityki firmy, ale takich przypadków nie może być wiele. W innym miejscu postaram się napisać skąd się biorą ceny. Ale naprawdę możliwości grania cenami w turystyce wyjazdowej jest  - wbrew pozorom - niewiele.

Główną sposobem uzyskiwania naprawdę niskich cen, tych które widzimy w reklamach, np. 1199 zł Egipt, 5 gwiazdek, all inclusive, jest ich ustawianie na poziomie niższym od bezpośrednich kosztów wytworzenia usługi. Oznacza to, że klient płaci mniej za imprezę niż sprzedający mu ją touroperator swoim dostawcom. Wykorzystywane jest to w celach promocyjnych, po to, żeby uzyskać opinię taniego biura. Nie ma nic w tym złego, ani groźnego, gdy subsydiowanych miejsc firma sprzedaje niewiele. W takim przypadku to nie touroperator dopłaca do klienta, tylko inni klienci – ci płacący normalną cenę.

Jeżeli jednak takich ofert jest dużo, oznacza to, że klientów płacących normalnie może być zbyt mało i sam touroperator pokrywać musi różnice. W zależności od tego kto jest jego właścicielem i czy właściciel ten jest wystarczająco cierpliwy, touroperator pozostanie na rynku lub nie. Przeglądając internet łatwo możemy zauważyć, gdy któreś biuro niemal zawsze i niemal wszędzie jest najtańsze. I co bardziej groźne, jego ceny są znacząco niższe od konkurencji. Zazwyczaj oznacza to nadmierną liczbę zakupionych miejsc w samolotach, a także, niekiedy, w hotelach, w stosunku do faktycznej sprzedaży.

Biuro stara się pomniejszyć straty. Jest to jednak bardzo bolesne. Cena jednego miejsca w samolocie waha się od ok. 650 zł na trasie do Bułgarii do ok. 1100 zł do Egiptu i 1200-1300 zł na Wyspy Kanaryjskie. Średni touroperator kontraktuje ok. 50 tys miejsc rocznie (ci najwięksi powyżej 300 tys). Jeśli sprzeda po pełnych cenach 40 tys spośród nich, to poniesie stratę 10 mln zł! Stąd pomysł dopłacania do klientów. Wtedy zamiast ok. 1000 zł, dopłaca „tylko” 200-300, czasami 500 zł. Ale, gdy w ten sposób sprzeda 10 tys miejsc, straci od 2 do 5 mln zł! Jest to, oczywiście, bardzo dużo i większości właścicieli na to nie stać. I dlatego m.in. w 2012 roku mieliśmy 16 upadłości.

Dlatego, nie mam wątpliwości, że podstawową i jedyną dostępną nam metodą oceny wiarygodności biura jest jego nadmierna obecność wśród dostawców „super ofert”. Ważne jest także to, czy ponoszone straty zechce pokryć właściciel biura. Jeśli mieszka on gdzieś „za morzami”, nie za bardzo bym na to liczył. Jeśli w Polsce, to szansa jest niby większa, ale doświadczenia np. Triady, czy Orbisu nauczyły mnie, że tu też trzeba być ostrożnym. Biura, będąc nawet w fatalnej kondycji finansowej, do końca starają się robić dobrą minę do złej gry, udając, że sytuacja jest bardzo dobra i nawet ich pracownicy nie wiedzą, że firma szykuje się do upadłości i, że jutro rano w drodze do pracy, usłyszą komunikat radiowy o bankructwie biura, do którego właśnie zmierzają…

Nie oznacza to, że nie należy korzystać z „super ofert”. Przeciwnie. Chociaż należy zachować daleko idącą ostrożność i omijać tych zawsze najtańszych. Chyba, że lubi się ryzyko i ma się szczęście…

 

 

 

 

Jarosław Mojzych

8 stycznia 2014

Powrót do STRONY GŁÓWNEJ


Nie ma komentarza.


Wpisz swoje imię lub nick