Wakacyjny Czas
Kategorie artykułów:
KRAJE
PODRÓŻE
BIURA PODRÓŻY
KOMUNIKACJA
ZA GRANICĄ
PRACA
WOKÓŁ TURYSTYKI

 Dziś wtorek, 27 czerwca.   Imieniny obchodzą: Maryla, Władysław, Cyryl Dziś czwarty dzień wakacji! Do końca jeszcze 65 dni.       

Nie bogactwa czynią człowieka szczęśliwym, ale ich dobre użycie
Miquel de Cervantes
Booking.com
Szara strefa
- pod ciężarem opłat

W całej gospodarce

Ocenia się, że w Polsce około 25% przedsiębiorstw działa w tzw. „szarej strefie”, przy czym pod pojęciem tym rozumie się funkcjonowanie firm niezarejestrowanych lub takich, które ukrywają lub zaniżają swoje przychody, zatrudniają pracowników „na czarno”, unikając w ten sposób płacenia podatków lub znacznie je ograniczając. Według danych pochodzących z 2013 roku Polska w tej konkurencji zajmuje aż 10-te miejsce, wyprzedzona tylko przez kraje bałkańskie, kraje bałtyckie oraz Cypr i Maltę. Na ten temat powstało wiele artykułów, ciekawe zestawienie znajdziemy np. w ObserwatorzeFinansowym.pl, a krótko, w typowy dla siebie sposób, do sprawy odniósł się Puls Biznesu.

Średnia europejska jest wyraźnie niższa i, zależnie od źródeł, wynosi 18-19%. Szara strefa ma mniejszy zasięg nie tylko w Szwajcarii i Austrii (co nikogo nie dziwi, chociaż właściwie nie wiadomo dlaczego), ale również w takich krajach jak Grecja, Włochy, Słowacja czy Słowenia. Do szarej strefy firmy przenoszą się tym chętniej im trudniej jest sprostać rosnącym obowiązkom wobec państwa, co oznacza jej rozrost w trakcie kryzysów i kurczenie w okresach lepszej koniunktury.

W turystyce

szara strefa

Szarą strefę tworzą także firmy działające w branży turystycznej. Prawdopodobnie liczba biur podróży próbujących oszukać Skarb Państwa, płacących zaniżone podatki jest proporcjonalna do tej, która dotyczy całej gospodarki.

Okazuje się, że w przypadku turystyki, istnieje jeszcze inny sposób prowadzący w szarą strefę. Można być rzetelnym płatnikiem podatku PIT, podatku CIT, odprowadzać na czas składki ZUS, zatrudniać wszystkich pracowników na umowę o pracę, a mimo to stać się sztandarowym przykładem nieuczciwości wobec państwa i wobec innych podmiotów gospodarczych.

Niedawno na stronach branżowego portalu Tur Info natrafiłem na artykuł pod intrygującym tytułem „Kto zwalczy szarą strefę w turystyce?”. Z dużym zaciekawieniem zająłem się lekturą, mając nadzieję na informacje o przykładach nieuczciwego zatrudniania ludzi bez umów, tworzenia „lewych” kas, itp. a, przede wszystkim, o sposobach rozprawiania się przez właściwe służby państwowe z tego rodzaju procederami lub choćby o pomysłach ich ukrócenia.

Okazało się jednak, że głównym problemem  nurtującym urzędników jest inne przestępstwo popełniane przez niektórych organizatorów i pośredników turystycznych. Jest nim prowadzenie działalności bez opłaconych w odpowiedniej wysokości gwarancji. Z tekstu wynika, że jest to główna (jedyna?) podatkowa bolączka trapiąca biznes turystyczny.

Artykuł poświęcony jest problemom związanym z kontrolowaniem firm pod względem zgodności zakresu prowadzonej w rzeczywistości działalności z zakresem deklarowanym, na który uzyskali zezwolenie.

Jak uzyskać zezwolenie?

Zezwolenia się kupuje. Tak po prostu. Jest ustawa, jest misja, są rozporządzenia, procedury, itp., wszystko brzmi bardzo poważnie, ale całość sprowadza się do zakupu (są pewne dodatkowe wymogi formalne, ale bez większego znaczenia). I właśnie w zeszłym roku, na początku maja, podniesiono ceny tych zezwoleń. Podwyżkę przeprowadzono pod hasłem zwiększenia ochrony turystów wybierających się na wycieczki samolotami czarterowymi. Rzecz jednak w tym, że podniesiono ceny zezwoleń wszystkim, a szczególnie małym biurom. Także i tym, które nigdy nie miały nic do czynienia z żadnym samolotem.

I tak na przykład, gdy jakieś małe biuro od czasu do czasu próbuje wysłać grupę swoich klientów autokarem na Węgry, do Austrii lub innego kraju nie mającego z nami wspólnej granicy, musi zakupić zezwolenie (przy wyjeździe do kraju graniczącego z nami zezwolenie też jest konieczne, tyle tylko, że tańsze). Warunkiem jego uzyskania jest gwarancja bankowa na kwotę od 28 tys euro (gdy praktycznie biuro nie bierze zaliczek, o co w tej działalności naprawdę trudno) do 50 tys euro (gdy bierze zaliczki z dużym wyprzedzeniem, ponad półrocznym). Są to kwoty astronomiczne.  Trudno sobie wyobrazić, żeby którekolwiek z lokalnych biur mogło je udźwignąć. Według poprzednio obowiązującego rozporządzenia (którego żywot ledwo przekroczył dwa lata, a wcześniej było taniej) odpowiednie kwoty wynosiły: 7.5 i 10 tys euro. Podwyżka wyniosła, zatem, od 270 do 400%. Tak znaczny wzrost dotyczy wyłącznie małych firm.

Możliwe jest wykupienie ubezpieczenia na te kwoty (większość firm korzysta z tego rozwiązania), ale dla małych podmiotów niewiele to zmiena. Ceny ubezpieczeń są różne, zależą od wielu czynników, dla orientacji można jednak przyjąć, że gwarancja na 50 tys euro kosztuje ok. 5-6 tys zł plus zablokowanie na koncie ubezpieczyciela kilkudziesięciu tysięcy (np. 30 - 40 tys). Stosowane są także inne formy zabezpieczenia: weksle in blanco wraz z oświadczeniami majątkowymi, itp. Ceny zależą od firmy ubezpieczeniowej i ocenianej wiarygodności ubezpieczanego biura. Dla małej firmy są to koszty horrendalnie wysokie. Kwota 5 tys złotych nierzadko przekracza spodziewaną marżę z całej organizowanej na zamówienie klienta imprezy.

Trudno się, zatem dziwić, że istnieją biura wybierające nielegalną ścieżkę. Oczywiście byłoby absurdem popieranie takich działań, przestępstwo pozostaje zawsze przestępstwem i jest nim tak długo jak długo stanowią tak przepisy. Wydaje mi się jednak, że sposobem na ograniczenie rozumianej w ten sposób szarej strefy jest nie tylko ściganie nieuczciwych biur, ale także zmiana przepisów. I jest to sposób o wiele skuteczniejszy. Obecnie wielu właścicieli małych  firm ma przed sobą prosty dylemat: zamknąć działalność i zapisać się, wraz z pracownikami, po zasiłek do urzędu pracy albo zadeklarować węższy zakres działalności od faktycznie prowadzonej. Trudno pochwalać, ale też nie tak łatwo jest potępiać ludzi, którzy wybierają drogę dającą szansę na przetrwanie, chociaż nielegalną. Pomijam tu ewidentnych oszustów, ale tacy są zawsze i wszędzie, a ich istnienie nie zależy od prawnych regulacji.

Przepisy obowiązujące w Polsce w tej sprawie są doprawdy zdumiewające. Z jednej strony szczegółowo precyzują wysokość sum gwarancyjnych, w zależności od różnych zmiennych, z drugiej stwarzają poczucie bezkarności tym, którzy stosować ich nie mają zamiaru. Do kontroli upoważnione są MSiT i marszałkowie, a skrajną sankcją, którą mogą nałożyć jest trzyletni zakaz prowadzenia działalności turystycznej. Dla kogoś kto i tak funkcjonuje nielegalnie, kara nie wydaje się być dotkliwą.

Wygląda jednak na to, że Ministerstwo Sportu i Turystyki problemy widzi gdzieś indziej. Wprowadzenie zaporowych cen zakupu zezwoleń, silnie ograniczających możliwość podjęcia legalnej działalności nowym, małym podmiotom nie jest, w żadnym razie, uznawane za przejaw ograniczania swobody gospodarczej. O ile zrozumiałe jest szukanie sposobów zwiększenia poczucia finansowego bezpieczeństwa klientów, to realne zagrożenie istnieje jedynie w przypadku imprez czarterowych. Chociaż inną sprawą jest czy polityka resortu, prowadząca do ograniczania konkurencji wśród organizatorów wyjazdów czarterowych jest w dłuższej perspektywie, korzystna dla rynku. Odpowiedź jest oczywista dla każdego liberała :) . Ale nie wszyscy są liberałami, zatem zostawmy ten temat.

Potrzebne zmiany

Zaskakujące z jaką łatwością wszyscy pogodzili się z rosnącymi obciążeniami finansowymi. Pisząc „wszyscy” mam na myśli znaczną część osób zatrudnionych w turystyce. Dalsze dodatkowe opłaty, podatki nie robią żadnego wrażenia. W postach zamieszczonych pod artykułem w Tur Info dominowały żądania rozprawienia się z… kolegami, a od urzędników oczekiwano silniejszego i skuteczniejszego karania winnych. W zasadzie tylko taki cel przed nimi stawiano. Głosów domagających się racjonalizacji przepisów prawnych prawie nie było. Brzmi nieprawdopodobnie, ale wygląda na to, że pracownicy turystyki winnych szukają wyłącznie wśród swoich kolegów. Ministerstwo i marszałkowie mają jedynie skutecznie ścigać i bezwzględnie karać. Nikomu (mam nadzieję, że jest to nadmierne uproszczenie…) nie przeszkadzają wysokie podatki, różne opłaty za zezwolenia, ubezpieczenia, itp. Za chwilę ma być wprowadzony dodatkowy podatek, pod nazwą „Fundusz Gwarancyjny”. Głos branży: oby jak najszybciej, nie możemy się go doczekać! W ciągu ostatnich trzech lat dwukrotnie podnoszono opłaty za zezwolenia touroperatorskie (tzw. gwarancje), za każdym razem podwyżki były drastyczne. Może za pół roku będziemy mieli kolejną? Czy znowu przy aplauzie ludzi z branży?

Mamy w Polsce około 3.5 tysiąca małych organizatorów, w tym wielu pośredników turystycznych, czyli takie firmy, które na zamówienie klientów organizują wyjazdy. Firmy te nie są w stanie ponosić aż takich obciążeń. A przecież jest w nich zatrudnionych kilka tysięcy osób, nie licząc współpracujących pilotów, przewodników, pracowników firm transportowych. Zmiany przepisów z pewnością ograniczyłyby tak rozumianą szarą strefę.

Obawiam się jednak, że szanse na zmiany nie są duże. Państwo w tym przypadku nie widzi dla siebie dużego interesu. Tradycyjnie rozumiana szara strefa oznacza przedsiębiorstwa unikające zobowiązań fiskalnych. Wraz z obniżaniem opodatkowania, strefa się zawęża i wpływy podatkowe budżetu rosną. W przypadku opłat za zezwolenia, obniżenie ich wysokości państwu wprost nic nie da. Będą mniejsze wpływy z zezwoleń i tyle. Wprawdzie posunięcie takie sprzyjałoby rozwojowi konkurencji, ale czy naprawdę naszym urzędnikom na tym zależy?

Tymczasem ze wspomnianego artykułu w Tur Info wynika, że Ministerstwo głowi się nad innym ważkim problemem. Zastanawia się jakby tu podejść do tematu pilotów. Jak to zrobić żeby oni także kupowali zezwolenia touroperatorskie(!). Według obowiązujących przepisów także firmy zajmujące się przywożeniem turystów do Polski, czyli eksportem usług, muszą kupować zezwolenia. Cena jest niższa, bo gwarancja bankowa musi wynieść co najmniej 4.5-7 tys euro (przy większych obrotach, więcej), ale jednak jest. Inne z kolei przepisy stanowią, że za imprezę uważa się co najmniej dwie usługi turystyczne, za które ustalono jedną cenę (z pewnymi dodatkowymi warunkami).

Otóż urzędnicy wymyślili, że jeżeli pilot zamierza oprowadzić grupę dojeżdżając do miejsca zwiedzania, to już mamy dwie usługi i taki pilot powinien złożyć w banku depozyt, co najmniej 4.5 tys euro. Urzędnicy kłopoczą się jednak tym, że sprytny pilot może wykorzystać pewne kruczki prawne i uniknąć należnej Skarbowi Państwa opłaty. Ciekawe, czy uda się im znaleźć sposób na ukrócenie tych niecnych czynów, dzięki czemu budżet naszego państwa zostanie wzmocniony.

 

 

 

 

 

Jan Ekmojski

10 marca 2014

Powrót do STRONY GŁÓWNEJ


Nie ma komentarza.


Wpisz swoje imię lub nick



- format: http://nazwastrony.pl










LAST MINUTE
 1 162 zł
ALL INCLUSIVE
 1 203 zł
WIOSNA
 1 014 zł
LATO 2017
 970 zł
EGZOTYCZNE
 1 990 zł
AUTOKAROWE
 159 zł
Hotele na świecie
Przeloty po świecie
REKLAMA-pas