Wakacyjny Czas
Dziś poniedzialek, 23 października.   Imieniny obchodzą: Jan, Marlena, Roman      
Nie bogactwa czynią człowieka szczęśliwym, ale ich dobre użycie
Miquel de Cervantes
Booking.com
Będzie taniej, albo drożej
wnioski z sukcesu 2014

Sukcesy biur podróży

Rok 2014 zakończył się pełnym sukcesem biur podróży. Zadowolenie, zachwyt i podziw wyrażany wobec swoich własnych umiejętności organizacyjnych i biznesowych, były słabo skrywane przez szefów i menadżerów biur podróży. Niemal z każdej wypowiedzi płynął entuzjazm. Nic dziwnego. W ubiegłym roku, po bardzo długim okresie posuchy, firmom turystycznym udało się sięgnąć po dość imponujące zyski. Wprawdzie już 2013 był pierwszym od pięciu lat rokiem, w którym przerwana została seria ciągłych strat, stwarzająca wrażenie, że jeśli chce się prowadzić biznes w turystyce wyjazdowej, to trzeba do niego ciągle dopłacać, ale dopiero rok 2014 przyniósł zyski prawdziwe. Na dokładne wyniki przyjdzie jeszcze poczekać, co najmniej pół roku, ale z deklaracji reprezentantów firm wynika, że największe z nich osiągnęły dochody na poziomie 20-30 mln złotych. Tak dobrze to nie było nigdy. Nawet w najlepszym w tym wieku, roku 2008.

Taniej albo drożejWzrosła liczba turystów, którzy skorzystali z usług biur podróży. Najbardziej obiektywnym wskaźnikiem – a może nawet jedynym, który można serio brać pod uwagę – jest liczba pasażerów latających samolotami czarterowymi. Jest ona podawana przez Urząd Lotnictwa Cywilnego (ULC). I właśnie niedawno Urząd opublikował najnowsze dane (po otwarciu załącznika, trzeba pamiętać, że ULC podaje liczby dot. wszystkich pasażerów - wylatujących i powracających, dlatego, dla jasności obrazu trzeba je dzielić przez dwa). Na razie tylko za pierwsze trzy kwartały (informacje o całym roku pojawią się później), ale obejmują one najważniejszy, z punktu widzenia turystyki, kwartał trzeci, czyli wakacje. Z analizy ULC wynika, że liczba osób korzystających z linii czarterowych (czyli tak naprawdę – z biur podróży) wzrosła, w porównaniu z tym samym okresem poprzedniego roku, o 23%. W ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy, czarterami poleciało ponad 1.6 mln osób (w zeszłym roku było to 1.3 mln), w tym milion w okresie letnim - od lipca do września (w 2014 było to 800 tys).

Ostatni kwartał, z którego dane są na razie nieznane, ma mniejsze znaczenie. W 2014 roku z czarterów skorzystało 170 tys pasażerów. Jeśli okaże się, że tempo wzrostu jesienią nie spadło, to liczba klientów biur podróży, kupujących wycieczki czarterowe, przekroczy 1.8 miliona.

Największym zainteresowaniem cieszyła się Grecja, do której na wakacje poleciało 305 tysięcy osób. Drugie miejsce przypadło Turcji (223 tysiące), a trzecie Hiszpanii (117 tysięcy). Tej ostatniej raczej nie uda się utrzymać miejsca w pierwszej trójce, bo tuż za nią jest Egipt, do którego wybrało się tylko o dwa tysiące turystów mniej. A sezon w Egipcie jeszcze się nie skończył. Wprawdzie na Wyspach Kanaryjskich także trwa, ale popyt na wycieczki na Kanary, z racji choćby cen, musi być niższy niż do Egiptu.

W czołówce znalazły się jeszcze Bułgaria (80 tysięcy) i Tunezja (64 tysiące). Pozostałe kraje cieszyły się zdecydowanie mniejszą popularnością (np. do Chorwacji, samolotem wybrało się tylko 12 tysięcy osób). Dość dobrze wypadła Portugalia - zważywszy na wysokie ceny wycieczek i faktyczny brak ciepłego morza - liczba 25-ciu tysięcy turystów wygląda całkiem nieźle.

Rok 2014 można zatem, ogłosić rokiem sukcesu w turystyce wyjazdowej. Chociaż tylko wtedy, gdy jego wyniki porównuje się w ujęciu historycznym. Jest lepiej niż było wcześniej. I z tego możemy się cieszyć. Niestety, gdy weźmie się pod uwagę potencjał naszego rynku, tkwiący w jego rozmiarach, to sytuacja wygląda nieco gorzej. Musimy się cieszyć, że z tej – w swym założeniu - najbardziej popularnej formy wypoczynku, nie stawiającej żadnych wymogów wobec turystów (nie trzeba mieć samochodu, ani zamiłowania do wielogodzinnego jego prowadzenia), korzysta tylko niespełna 5% Polaków mieszkających w naszym kraju. Sytuacja gospodarcza w Polsce i nasz poziom zamożności nie sprzyjają rozwojowi prostej turystyki lotniczej.

”Tanie linie” dla turystów

Od samego początku ubiegłego roku, pojawiały się glosy przestrzegające przed zagrożeniami, jakimi dla biur podróży miały być "tanie" linie lotnicze, uruchamiające coraz więcej połączeń z miejscowościami uważanymi za typowo turystyczne. Nie ma danych, które pozwalałyby na obiektywne rozstrzygnięcie zagadnienia, na ile te ostrzeżenia się sprawdziły. Urząd Lotnictwa Cywilnego wprawdzie informuje o liczbach pasażerów latających do różnych krajów liniami rejsowymi, ale nie sposób rozróżnić, którzy z nich lecieli w celach turystycznych, a którzy udali się w podróż służbową, odwiedzali rodzinę i znajomych lub zmierzali do pracy.

W sumie, w ciągu pierwszych trzech kwartałów  2014 roku samolotami rejsowymi podróżowało około 7.3 miliona osób. Najwięcej do Wielkiej Brytanii, Niemiec i Norwegii. Łącznie do tych trzech krajów wybrało się 3.8 miliona, czyli więcej niż połowa wszystkich. Niewykluczone, że celem części z podróżnych było obejrzenie ekspozycji w British Museum lub norweskich fiordów. Można jednak z dużym prawdopodobieństwem założyć, że do tych akurat krajów, większość leciała w innych, niż turystyczne, celach.

Trochę trudniej jest z oceną w przypadku Włoch, Francji i Hiszpanii, gdzie liniami rejsowymi wybrało się 1.2 miliona osób. Prawdopodobnie zdecydowana większość miała zamiary inne niż wędrowanie turystycznymi szlakami, ale jednak byli wśród nich i tacy. Oszacowanie ich liczby jest raczej niemożliwe.

Pewien obraz o roli tzw. „tanich linii” daje zestawienie liczby podróżnych według przewoźników. Zwycięzcą ponownie (tak jak w 2013) okazał się „tani” Ryanair, który przewożąc ponad 2.4 miliona osób, wyprzedził LOT (2.25 miliona), ale był jedyną - spośród liczących się – linią, która w tym udanym roku, zanotowała spadek liczby klientów. Z Ryanairem poleciało o 10% osób mniej niż rok wcześniej, podczas gdy cały rynek wzrósł o 5%. Oczywiście, cały czas mówimy o pierwszych trzech kwartałach i może się okazać, że w ostatnich trzech miesiącach nastąpiły jakieś istotne zmiany, ale z punktu widzenia ruchu turystycznego, nie będzie to miało większego znaczenia.

Ryaniar wymieniany był jako ten, który miał odegrać wiodącą rolę w przejmowaniu turystów, oferując im tańsze możliwości zorganizowania sobie wakacji, głównie w Hiszpanii (Majorka i Kanary). Czy to mu się udało? Zależy od tego jakie stawiał przed sobą cele. Raczej rynku nie podbił, chociaż część, zwłaszcza tych bardziej samodzielnych klientów (lubiących przygotowywać sobie samemu wyjazdy i, przede wszystkim, mających na to czas) z pewnością skorzystała  z ofert Ryanair i innych linii oferujących czasami, po okazyjnych cenach, bilety.

Wartość złotówki

Zachwyt nad własnymi umiejętnościami menadżerów biur podróży jest na pewno uzasadniony. Bez ich trafnych decyzji nie byłoby przecież aż tak dobrych wyników. Czy zatem możemy oczekiwać co najmniej powtórki, równie udanego sezonu, w tym roku? Wszak menadżerowie pozostali ci sami, a doświadczenia przez nich nabyte w roku 2014 pozwalają ze spokojem patrzeć w przyszłość. Nie powinniśmy obawiać się bankructw, a ceny pozostaną przyjazne dla klientów.

Ten optymistyczny obraz nieco mąci fakt, że prognozy na rok 2015 formułowane są przez przedstawicieli firm turystycznych z zaskakującą ostrożnością. Sygnały jakie płyną z rynku, wskazują, że przedsprzedaż lata nie jest aż tak dobra jak można byłoby się spodziewać. Dobrze sprzedały się wycieczki zimowe, co dawałoby powód do optymizmu na przyszłość, ale zainteresowanie wyjazdami letnimi jest mniejsze od oczekiwanego.

W udzielonym w grudniu wywiadzie dla internetowej Rzeczpospolitej, prezes TUI Polska, Marek Andryszak powiedział, że do wielkiego optymizmu nie widzi, na razie, przesłanek. Sezon może przynieść różne niespodzianki. Niekoniecznie miłe.

Kurs walutowySukces roku 2014 miał swe podłoże w stabilnym kursie złotówki. Rola kursu walutowego jest w organizacji zagranicznych wyjazdów turystycznych absolutnie kluczowa. W zeszłym roku sytuacja na rynku walutowym wyjątkowo sprzyjała touroperatorom. Ich szefowie z dumą podkreślając osiągnięte sukcesy, mniej ochoczo o tym wspominają. A przecież wystarczyłoby, żeby wartość złotówki spadła o 10%, a z marży zostałyby nici, zamieniając zyski w potężne straty. Jeszcze niedawno osłabienie złotówki aż o 10% wydawało się czymś absurdalnym, wręcz niemożliwym. Szybko wszyscy zapomnieli o tym co działo się na przełomie lat 2008/2009, kiedy to miał początek długi okres problemów w turystyce, zakończony dopiero po pięciu latach. Wtedy właśnie złotówka straciła kilkadziesiąt(!) procent, co stało się powodem bardzo poważnych kłopotów dla wszystkich firm turystycznych, nawet tych największych. Był to na przykład, prawdziwy powód zakończenia 90-cio letniej historii istnienia  firmy Orbis Travel (pod okresowo zmieniającymi się nazwami), która upadła rok później.

W roku 2014 powstało wrażenie, że taka sytuacja to już tylko historia, która w najbliższym czasie nie może się powtórzyć. Firmy turystyczne zarabiały pieniądze dzięki temu, że nasza waluta była stabilna, a nawet – w odpowiednim dla tych firm momencie – umacniała się. Trzeba pamiętać, że niemal w całości koszty imprez zależne są od walut obcych. Właściwie jedynym istotnym kosztem złotówkowym jest prowizja wypłacana agentom. Duże biura podróży podkreślają, że ich przychody sięgają 200-tu, 300-tu, 500-et milionów złotych. A nawet miliarda. Koszty imprez muszą być podobnego rzędu. A przecież 10% od 200-tu milionów to 20 milionów złotych. O tyle spadłby, mniej więcej wynik, gdyby osłabła złotówka. A ile to by było, gdyby te 10% policzyć od miliarda…

Nadszedł rok 2015 i w ciągu paru miesięcy (zaczęło się to późną jesienią 2014) złotówka osłabiła się o 20%. Na szczęście tylko w stosunku do dolara. Urzędnicy europejscy trochę nam pomagają. Oświadczając o zamiarze dodrukowania setek miliardów euro doprowadzili do jego osłabienia. Niestety, jedynie wobec dolara. Złotówka nie dała rady. Ale na szczęście jej spadek jest znacznie mniejszy. Przy rozliczeniach z hotelarzami, w większości krajów obowiązuje euro. Właściwie jedynym poważnym wyjątkiem jest Egipt. Za to miejsca w samolotach kupowane są przeważnie za dolary. Spadek cen ropy zadziałał korzystnie, niwelując w dużym stopniu utratę wartości naszej waluty. Dzięki temu ceny imprez nie wzrosły za bardzo.

Pozostaje pytanie o rozwój sytuacji w ciągu roku. Touroperatorzy obawiają się, że dolar będzie nadal się umacniać, a ropa tanieć bardziej już nie może. Wprawdzie paliwo kupowane jest z pewnym poślizgiem czasowym, ale nie jest też tak, że jego koszt przeważa w cenie biletu. W praktyce, spadek cen paliwa o np. 50%, powoduje obniżenie ceny przelotu tylko o około 20%. Co gorsza, w ogóle nie wiadomo jak zachowa się złotówka w stosunku do euro. Jeśli się osłabi, ceny imprez będą musiały wzrosnąć, co ujemnie wpłynie na popyt.

Kupować teraz, czy później?

Kupowanie miejsc w imprezach z dużym wyprzedzeniem rzadko się opłaca. Tak było w latach poprzednich i podobnie może być w tym roku. Chociaż istnieje zagrożenie wzrostu cen, to jednak problemy z ich sprzedażą po podwyżce, mogą zmusić touroperatorów do stosowania ofert specjalnych. Czyli, podobnie jak to często bywało w przeszłości, do dopłacania do klientów.

KupowaniePrzy podejmowaniu decyzji o zakupie w przedsprzedaży trzeba wziąć pod uwagę własne potrzeby. Ci wszyscy, którzy chcą jechać do jakiegoś konkretnego, upatrzonego hotelu, powinni oczywiście, zrobić rezerwacje jak najwcześniej. Podobnie zainteresowani pobytem w hotelu wysokiej klasy. Hotele pięciogwiazdkowe cieszą się dużą popularnością, także mieszkańców takich krajów jak Niemcy i Wielka Brytania i często miejsca w nich wyprzedawane są wcześniej.

Natomiast jeżeli komuś nie zależy specjalnie na jakiejś miejscowości, a nawet gotowy jest zmienić cel wyjazdu – pojechać na przykład na Kretę zamiast do Bułgarii – nie powinien nadmiernie się spieszyć. Chyba, że już teraz zauważy coś co jest wyjątkowo tanie. Jeśli dziś można kupić pobyt np. w trzygwiazdkowym hotelu w Grecji, z dwoma posiłkami, za 1300 zł, to czego można oczekiwać w przyszłości? O wiele taniej być nie może.

Hotele wyższej klasy oferują teraz pobyty po trochę obniżonych cenach. Biura podróży płacą za nie mniej. Tego typu hotele rzadko kontraktowane są przez touroperatorów na tzw. „zasadach gwarancyjnych”, co oznacza, że płacą oni za nie tyle ile w jakimś okresie wymaga tego hotelarz (w przypadku „gwarancji” wygląda to inaczej). A hotelarzom zależy na szybko wpłacanych pieniądzach, dlatego stosują zachęty w postaci zniżek za wczesne rezerwacje. Są zwykle rzędu 10-20%. Czasami, ale rzadko, większe. Cały mechanizm szczegółowo opisaliśmy kiedyś w artykule „Miejsca w hotelach. Koszty imprez”.

Ci, którzy zamierzają wyjechać do droższych hoteli powinni decydować się na rezerwacje w miarę wcześnie. Nic nie wskazuje na to, żeby ceny później miały spaść. Jeśli touroperatorzy znajdą się w trudnej sytuacji (wzrost kursów walutowych, puste miejsca w samolotach) to w pierwszym rzędzie obniżali będą ceny pobytów najtańszych. Dopłacanie do klientów jadących na drogie wakacje, nie bardzo ma sens. O ile obniżka ceny 1400 na 990 robi duże wrażenie, to redukcja z 5800 na 5390 o wiele mniejsze. A koszty te same…

Pokoje w najtańszych hotelach najczęściej kontraktowane są na „zasadach gwarancyjnych”, co zmusza biura podróży do ich sprzedania, niekiedy „za wszelką cenę”, dając w ten sposób okazje klientom na trafienie na szczególnie atrakcyjną ofertę. Ale dzieje się to dopiero w „ostatniej chwili”. Dlatego, gdy nie mamy dużych wymagań, czasami warto trochę poczekać.

 

 

 

 

 

Jarosław Mojzych

26 stycznia 2015

 

Powrót do STRONY GŁÓWNEJ

 



Nie ma komentarza.


Wpisz swoje imię lub nick