Wakacyjny Czas
Dziś niedziela, 22 października.   Imieniny obchodzą: Filip, Marek, Józefina      
Nie bogactwa czynią człowieka szczęśliwym, ale ich dobre użycie
Miquel de Cervantes
Booking.com
Wygrana w konkursie
szansą dla agenta

Mnóstwo korzyści

Otwiera się kolejna szansa na zarabianie na turystyce! A konkretnie mówiąc na sprzedaży imprez zagranicznej turystyki wyjazdowej. Firma My Travel zaprasza wszystkich chętnych. A szczególnie tych, którzy już teraz zajmują się tą działalnością, ale pragną zmiany, nie wierzą we własne siły i możliwość osiągnięcia korzyści z propagowania własnej marki i chcieliby robić to samo co dotychczas, ale pod innym  szyldem.

My Travel to jeden z tzw. multiagentów, o których już parę razy pisaliśmy. Po bankructwie głównych konkurentów (Origami, Multita, Ostatnie Miejsca) – jeden z największych. Istotą jego działalności było i jest zachęcanie nowych, w branży turystycznej, przedsiębiorców do zakładania na własną odpowiedzialność biur podróży i prowadzenia w nich sprzedaży pod szyldem My Travel. Dla osób całkowicie nieznających realiów tego świata, może to być rozwiązanie całkiem dobre. Multiagent przekazuje wszystkie informacje niezbędne do tego, żeby rozkręcić interes.

My TravelPrezes My Travel, Damian Ozga wpadł jednak na nowy pomysł. Postanowił rozszerzyć ofertę współpracy na firmy już istniejące, a nie jak dotąd skupiać się tylko na nowicjuszach. Jest to pomysł dobry, dający duże nadzieje na osiągnięcie dodatkowych dochodów. W każdym razie, dobry jest dla My Travel. Zalety są całkiem jasne. Nowe w branży biura z reguły osiągają dość mizerne rezultaty sprzedażowe, a głównym źródłem przychodów multiagenta (poza tzw. „opłatami licencyjnymi”, o których za chwilę) są prowizje agencyjne. Gros z tych prowizji multiagent musi przekazać agentowi, zostawiając sobie mniej więcej 1% obrotów. Niewielka sprzedaż utrudnia sięgnięcie po dodatkową prowizję, przysługującą zwykle tym, którym idzie tak dobrze, że przekraczają wyznaczone limity (tzw. „progi”). Agent mający już pewien dorobek, wchodzący do systemu multiagencyjnego, da prosty i szybki dochód. Nawet nie trzeba tracić czasu na jakieś przeszkolenia. Wystarczy pobrać „opłatę licencyjną” w wysokości – w przypadku My Travel – 30 tysięcy złotych, dostarczyć umeblowanie (o wartości, oczywiście, znacząco niższej) i czekać na rezerwacje…

Nie do końca jasne jest to jakie korzyści z przystąpienia do systemu miałby mieć agent. Ozga, w rozmowie z rp.pl mówi, że widzi ich kilka. Najważniejszą jest ta, że działając w sieci można wynegocjować wyższe prowizje. Można i trzeba jeśli się da. Ale czy naprawdę są wyższe? Pewnie byłyby, gdyby My Travel dysponował odpowiednią siłą, gdyby uważany był za bardzo poważnego partnera, prowadzącego sprzedaż na wielką skalę. Partnera, z którym touroperatorzy musieliby się liczyć i utraty, którego by się bali. Czy naprawdę takim partnerem jest My Travel?  

Drugą korzyścią, zauważoną przez prezesa My Travel, jest uproszczenie księgowości. Agent składa tylko jedną fakturę w miesiącu i nic więcej go nie interesuje - resztą zajmuje się centrala. Oznacza to chyba także to, że agent może liczyć tylko na jeden wpływ gotówki w miesiącu. Dostaje swego rodzaju pensję…

Ale to nie wszystko. Firma My Travel zapewnia działania marketingowe, szkolenia (nie jest jasne czy chodzi o ogólnie dostępne prezentacje przeprowadzane przez touroperatorów, czy o coś innego), a także bieżącą pomoc (też nie wiadomo w jakim obszarze, pewnie informatycznym, bo przecież nie handlowym) i raz w roku udział w wyjeździe studyjnym.

Tylko dla najlepszych

Chcąc zachęcić doświadczonych agentów do przystępowania do sieci, firma My Travel – w przekonaniu o swej renomie i powszechnej znajomości marki – ogłosiła konkurs. Zamiast zabiegać o nowych członków sieci, prosić o to, żeby dołączyli do systemu, My Travel postanowiła odwrócić relacje. To agenci mają aplikować o przyjęcie, w nadziei na akceptację. Tylko najlepsi, ci którzy spełnią oczekiwania organizatorów, otrzymają szansę zmiany własnego szyldu na renomowany My Travel i prowadzenia w dalszym ciągu działalności jak dotąd, tylko, że na warunkach stworzonych przez centralę.

Wahających się agentów, którzy nie do końca są przekonani o potrzebie wspólnego budowania marki My Travel, prezes Ozga próbuje przekonać ostatnim – kto wie, czy nie najmocniejszym – argumentem: w rozmowie z rp.pl przytacza historię pewnej agentki, która przez długi czas zastanawiała się czy skorzystać z okazji wejścia do sieci. Jej wahania trwały jednak tak długo, że w końcu zniecierpliwieni handlowcy My Travel doprowadzili do otwarcia swego biura w sąsiedztwie tej agentki, wpychając ją zapewne (bo żałowała) w tarapaty finansowe. Warto o tym pamiętać, bo każdego może spotkać podobny los…

Gdyby mimo wszystkich tych argumentów ktoś jeszcze pozostał nieprzekonany, prezes zaprezentował kolejną atrakcję. Jest nią rezygnacja przez firmę My Travel z pobierania „opłaty licencyjnej” – tych 30 tysięcy złotych. Oczywiście, nie wobec wszystkich. Żeby skorzystać z tej szansy należy przede wszystkim wziąć udział w konkursie. Trzej zwycięzcy aplikanci, spełniający wymagania wyznaczone przez My Travel, dostaną wymarzoną licencję za symboliczną złotówkę. Co więcej, za wyposażenie lokali w biurka, szafki i krzesła, też nie będą musieli płacić. A po tym jak sprzedaż przekroczy 5 milionów złotych (około 2 tysięcy klientów), meble staną się ich własnością.

Niech nie martwią się ci, którym nie uda się wejść do pierwszej trójki. Też mogą liczyć na propozycję znalezienia się w sieci My Travel i to na specjalnych warunkach (czyli będą musieli ponieść „opłatę licencyjną”, tyle tylko, że zapewne mniejszą niż 30 tysięcy złotych).

Prawo do startu w konkursie mają te biura, które istnieją co najmniej dwa lata, a ich obroty przekraczają milion złotych (około 400 klientów). Warunkiem jest złożenie odpowiedniej aplikacji, zawierającej opis własnej pracy i uzasadnienie swej chęci dołączenia do sieci. Uzasadnienie napisać jest łatwo. Wystarczy trochę zachwytów nad firmą My Travel i entuzjazmu związanego ze świetlaną przyszłością czekającą wszystkich szczęśliwców mogących pracować na rzecz marki My Travel. Nie ma wątpliwości, że żaden z aplikantów nie będzie żałował pochwał, dlatego trochę dziwi, że My Travel oczekuje takich wypracowań. Czyżby prezes Ozga aż tak bardzo potrzebował utwierdzenia się w przekonaniu o wielkości własnej firmy? Naprawdę w nie uwierzy?

Dochody raczej skromne

My Travel istnieje od czterech lat i ciągle dynamicznie się rozwija. Jak wynika z danych przedstawionych w rp.pl, w roku 2014 w sieci znajdowały się 74 biura. Ich łączne obroty wyniosły 56 mln złotych. Średni obrót przypadający na biuro wyniósł 756 tysięcy złotych. Trudno się dziwić, że prezes Ozga poszukuje tych, którzy już na starcie mają milion. Prowizje agencyjne nie są wysokie. Wysokość średniego obrotu wskazuje, że przeciętne biuro w sieci My Travel uzyskuje około 70 tysięcy złotych przychodu. Rocznie. Po odliczeniu kosztów prowadzenia, może nie zostać za wiele… Sama tylko centrala, za „serwis informatyczny, marketingowy i wysyłkowy” pobiera opłaty w wysokości około 300 złotych miesięcznie.  Warto zwrócić uwagę, że za dostęp do najbardziej popularnego systemu rezerwacyjnego, szeroko wykorzystywanego przez agentów – MerlinX, płaci się maksymalnie 80 złotych (za każdą rezerwację dostaje się 5 zł rabatu, zatem kosztów może nie być wcale). Dostęp do tego lub któregoś z kilku innych podobnych systemów, zaspokaja praktycznie wszystkie potrzeby biura sprzedającego wycieczki – w zakresie dostępu do baz danych, rezerwacji, rozliczeń, itp.

Niestety, wspomniany obrót 756 tysięcy, to jest tylko średnia. Zapewne większość z członków sieci My Travel może o niej tylko pomarzyć. Można przyjąć, bez obawy o popełnienie dużego błędu, że więcej niż połowa z biur należących do sieci osiąga przychód (zarobiona prowizja agencyjna) mniejszy niż 50 tysięcy złotych rocznie.

W tym miejscu, jedno zdanie wyjaśnienia: przychodem dla biur agencyjnych jest otrzymana prowizja ze sprzedaży, sięgająca 6-9% obrotu, czyli wartości sprzedanych wycieczek (756 tysięcy to obrót, a 50 tysięcy przychód).

Jak łatwo zauważyć, nie łatwo jest sięgnąć po kokosy podejmując się roli agenta sprzedającego imprezy turystyczne. Niestety, szanse nie chcą rosnąć nawet po podjęciu decyzji o przyłączeniu się do sieci multiagencyjnej. Także tak renomowanej jak My Travel. Sukces w tej branży podobnie jak i w każdej innej - zależy od zupełnie innych czynników, wszystkim dość dobrze znanym. Sama rezygnacja z własnej marki nie wydaje się być krokiem wystarczającym.

 

O sieciach multiagencyjnych pisaliśmy szerzej w artykułach: „Praca w turystyce. Multiagenci” i „Marzenia o rozwoju. Nowa sieć agencyjna”, przyglądając się w nich różnym aspektom pracy w tym systemie.

 

 

 

 

Jarosław Mojzych

23.7.2015

Powrót do STRONY GŁÓWNEJ


Nie ma komentarza.


Wpisz swoje imię lub nick