Booking.com
Emocje w PLL LOT nie słabną. Czy organizatorka niedoszłego strajku stanie przed sądem?

Strajk w PLL LOT

Zakupiliśmy kilka rac, dwa wozy opancerzone, starą wyrzutnię rakiet, kilka granatów ręcznych i niech każdy weźmie z domu, co po dziadach zostało oraz butlę z benzyną. Ostatecznie powstańcy warszawscy byli gorzej przygotowani, byli rozproszeniu, a trzymali się tyle dni...Czy naprawdę ktoś jeszcze wątpi, że jesteśmy prawdziwą siłą, zresztą zawsze byliśmy, ale duch w nas jakoś podupadł”.

Maila takiej treści miała wysłać do wszystkich pracowników LOT-u, nie wyłączając członków zarządu, Monika Żelazik, przewodnicząca Związku Zawodowego Personelu Pokładowego i Lotniczego, który pod koniec kwietnia ogłosił strajk. Miał on rozpocząć się wraz z początkiem długiego weekendu majowego, co z pewnością dałoby się mocno we znaki LOT-owi, a przede wszystkim turystom, którzy wyjątkowo intensywnie w tym czasie korzystali z przelotów lotniczych. Do strajku w końcu nie doszło, został przełożony z powodów formalnych. W wyniku decyzji sądu, który orzekł, że głosowanie o jego przeprowadzeniu odbyło się niezgodnie z prawem. Związki zawodowe, w pierwszym odruchu orzeczenie sądu próbowały zignorować, zapowiadając rozpoczęcie protestu jakby nic się nie stało, później jednak przyszła refleksja i ogłoszono odłożenie na czas późniejszy.

Gazeta Wyborcza zamieściła treść maila, którego fragment przytoczyliśmy na początku, a z którego wynika pełna determinacja organizatorów (a przynajmniej ich przewodniczącej) w realizacji własnych celów. Zarząd PLL LOT wziął groźby serio. Zresztą, nic nie wskazuje na to, aby mail Moniki Żelazik miał być żartem, poza oczywistą absurdalnością jego treści. Ale, jak wiadomo, ludzi niezrównoważonych nie brakuje. Niezależnie od stanu emocjonalnego organizatorki, łatwo można wyobrazić sobie, że znalazłoby się paru (tak naprawdę wystarczyłby jeden) wariatów, którzy zawołanie do zabrania butelek z benzyną potraktowaliby poważnie.

Wiadomo przecież jak wrażliwe (często nawet przewrażliwione) są instytucje związane z lotnictwem pasażerskim – zarówno linie lotnicze jak i porty. Jeśli ktoś chce sprawdzić jak to działa, niech spróbuje zażartować, np. przy odprawie, albo w samolocie, w rozmowie ze stewardesą, że ma w kieszeni bombę. Nawet jeśli z kontekstu wynikała będzie oczywistość żartu, to liczyć musi się z poważnymi konsekwencjami. W takich przypadkach poczucie humoru pracowników jest bardzo mocno ograniczone. Zdarzały się wielokrotnie sytuacje, w których po „niewinnym dowcipie”, do akcji wkraczały siły bezpieczeństwa lub nawet decydowano o awaryjnym lądowaniu samolotu.

Żart szefowej związków (jeśli był to żart) z pewnością nie był na miejscu. Nic dziwnego, ze zarząd firmy zareagował. Przepisy prawne nie dają możliwości zwolnienia działacza związków zawodowych. Aby do tego doszło niezbędna jest zgoda samych związków, o którą wystąpiono. Rzecz jasna spotykając się z odmową. Niezależnie od relacji służbowych, zarząd LOT domaga się podjęcia działań prokuratorskich w związku z podejrzeniem popełnienia przestępstwa o charakterze terrorystycznym.

Zważywszy na to co spotkać może zwykłych „żartownisiów”, reakcja LOT-u nie wydaje się przesadna.

 

Na podst.: wyborcza.pl

24 maja 2018

 

Powrót do STRONY GŁÓWNEJ















Zamknij X
REKLAMA