Booking.com
Rezygnacja z wycieczki. Czy spieszyć się z żądaniem zwrotu wpłaty?

Zmiany w przepisach

Dotychczas przepisy były proste. Rezygnacja z wycieczki, na życzenie klienta biura podróży, wiązała się z koniecznością poniesienia kosztów - czasami bardzo wysokich, bliskich 100% ceny. W przypadku, gdy do wyjazdu nie dochodziło z winy biura podróży, klientowi należał się zwrot pełnej wpłaty, a niekiedy nawet dodatkowe odszkodowanie. Organizator na oddanie pieniędzy miał 14 dni.
W związku z epidemią wprowadzono jedną korektę do przepisów. Wszystko pozostaje po staremu, tyle tylko, że biuro podróży ma prawo przetrzymać pieniądze o dodatkowe 180 dni. Zatem, klient po zażądaniu zwrotu musi czekać 194 dni.

Rezygnacja z wycieczki - zwrot wpłaty

Pieniądze za ponad rok

Zmiana w przepisach miała jeden cel: ochronę touroperatorów przed skutkami lawiny wniosków o zwrot wpłat (najczęściej były to zaliczki), co mogłoby wielu z nich postawić w bardzo trudnej sytuacji. Żeby było jeszcze lepiej, firmom turystycznym dano możliwość oferowania klientom – zamiast pieniędzy – voucherów, uprawniających do skorzystania z innych ofert w odległej przyszłości.

Okazało się, że vouchery nie wzbudziły zachwytu u wszystkich turystów. A nawet nie u większości. Ludzie wolą jednak gotówkę. Mimo, że muszą na nią czekać nawet 6-8 miesięcy. A to dlatego, że 194-dniowy okres liczy się od dnia zgłoszenia po zwrot, który nie może nastąpić wcześniej niż biuro podróży ogłosi anulację imprezy. Do dziś, formalnie, zgodnie z planem realizowane będą wycieczki z wylotami w czerwcu. Można nawet je kupić! Oczywiście, wszyscy wiedzą, że to fikcja, ale chodzi o maksymalne przesunięcie terminu, od którego zacznie liczyć się okres 194 dni. Turyści, mający rezerwacje na sierpień czy wrzesień będą musieli jeszcze długo poczekać.

Brak entuzjazmu turystów wobec voucherowych ofert nie spodobał się biurom podróży. W rozmowie z rp.pl, wiceprezes Itaki, Piotr Henicz oświadczył, że jego firma „postuluje” przedłużenie okresu 194 dni do pełnego roku lub zmuszenie klientów to przyjmowania voucherów.

Egzotyka 2020/2021

Obydwa rozwiązania są zadziwiające. Henicz uważa, że ma prawo domagać się, aby pieniądze biur podróży mogły być darmowo przetrzymywane przez ponad rok tylko po to, aby firmom turystycznym żyło się lepiej. Nie wiadomo dlaczego akurat biura podróży miałyby być obowiązkowo finansowane przez klientów, mających przecież swoje własne problemy, których jakoś im nikt finansować nie chce.

Pomysł z obowiązkowymi voucherami jest chyba jeszcze gorszy. Warto pamiętać, że zdecydowana większość z nich związana jest z wpłaconymi zaliczkami, a nie pełnymi cenami wycieczek. Wysokość zaliczek bywa różna, ale np. w Itace (czym nawet Henicz się chwali!) wysoka, bo rzędu 30%. Turyści, którzy przed epidemią, w dobrych dla siebie czasach, wpłacili np. 3 tysiące złotych zaliczki za imprezę kosztującą 10 tysięcy, otrzymają voucher, do którego w przyszłym roku będą musieli dopłacić co najmniej 7 tysięcy (zapewne więcej, bo wycieczki raczej podrożeją), aby skorzystać z oferty. W przeciwnym wypadku wpłacone pieniądze stracą! Czy wszyscy klienci biur, którym dobrze powodziło się w 2019 na pewno utrzymają swój status finansowy i priorytety w 2021? I co stanie się z wpłaconymi pieniędzmi osób, które nie będą mogły dopłacić do wakacyjnych wyjazdów?

Dziś wydaje się mało prawdopodobne, żeby absurdalne pomysły wiceprezesa Itaki zostały zrealizowane. Jednak, zważywszy na siłę tej firmy w branży turystycznej, nie można wykluczyć, że ktoś w odpowiednim departamencie ministerstwa uzna je za racjonalne i spróbuje wprowadzić w życie. I wtedy wygranymi będą ci klienci biur, którym udało się zgłosić żądanie zwrotu zawczasu (bo trzeba mieć nadzieję, że zasada nie działania prawa wstecz zostanie zachowana).

Piotr Henicz niezadowolony jest także z tego, że w projektowanym programie 1000+, pomocą objęta ma być turystyka krajowa, a zapomina się o biurach podróży wysyłających turystów zagranicę. Sam jednak nie pamięta o skali. Turystyka zagraniczna to, przede wszystkim transport osobowy, firmy (zwykle małe) sprzedające wycieczki i touroperatorzy. Powiązań z innymi branżami w Polsce prawie nie ma. Likwidacja touroperatora, nawet największego, to utrata pracy dla 300-500 osób (w tych małych zatrudnionych jest nawet zaledwie po kilku pracowników). Praktycznie nie pociąga za sobą skutków w firmach zewnętrznych, poza biurami agencyjnymi, które mogą z łatwością przerzucić się na sprzedaż innych ofert. Touroperatorzy są importerami usług. Zniknięcie touroperatora, zwłaszcza dużego, jest problemem, ale głównie dla firm zagranicznych. Martwią się hotelarze, restauratorzy, organizatorzy wycieczek i mnóstwo innych firm wspierających. Ale zagranicznych.

Dlaczego państwo polskie miałoby z taką samą troską odnosić się do hotelarzy w Grecji czy Turcji, jak w Polsce? Turystyka krajowa musi mieć bezwzględny priorytet. Upadek dużego podmiotu w Polsce (ośrodka wypoczynkowego, firmy transportowej) pociąga za sobą znacznie większe konsekwencje dla wielu innych polskich firm niż dzieje się to w przypadku importujących usługi, touroperatorów wycieczek zagranicznych.

 

Jan Ekmojski

29 kwietnia 2020

 
















Zamknij X
Zamknij X
REKLAMA